„Sierra” sroga „Nevada” droga

Andalucia for now

Sierra Nevada, to drugie najwyższe pasmo górskie w Europie. My, narciarze od kołyski, nie mogliśmy tam nie pojechać, zwłaszcza, że góry te leżą w Andaluzji, 3 godziny drogi od Sewilli. Dzieci marzyły o tym wyjeździe. Ja marzyłam, żeby zobaczyli wspaniałe góry. Wszyscy marzyliśmy o wyjeździe marzeń. Każdy miał swoje oczekiwania, każdy coś sobie wyobrażał.


Sierra Nevada – biała dama

Ośrodek narciarski mieści się na niebagatelnej wysokości 2075 m n.p.m. i wiedzie do niego kręta, górska droga. Jest szeroka i bardzo bezpieczna. Od Granady jedzie się nią około 40 minut (bez korków i kiedy nie ma na niej śniegu). Sierra Nevada jest maleńkim, turystycznym miasteczkiem, wyrwanym skałom z wielkim trudem. Strome zbocza wymagały budowania domów na wielu poziomach. Budynki są wysokie, często o konstrukcji kaskadowej. Uliczki są wąskie i ostro zakręcają. Piesi i narciarze, mogą dotrzeć do centrum z wyższych partii miasteczka systemem tysiąca, metalowych, śliskich schodków.

Świetnym ułatwieniem jest dwuosobowe krzesełko, które łączy najwyższy poziom miasteczka (zona alta) z dolną stacją kolejki linowej (zona baja). Po drodze mija się stacje pośrednie, na których wyciąg nawet się nie zatrzymuje. Jedzie powoli, a Ty po prostu z niego zeskakujesz i… idziesz!

Wiele hoteli ma podziemne parkingi, które nikną tajemniczo pod skałami. Jazda samochodem tutaj, to nie lada wyzwanie. Brakuje miejsc parkingowych, a zasypane śniegiem chodniki powodują spory ruch pieszych na wąskich uliczkach. Najlepiej zostawić samochód na przypisanym do „apartamentu” miejscu i wszędzie chodzić już pieszo. Nierzadko trzeba słono zapłacić za parkowanie, nawet przy wynajmowanym mieszkaniu (około 20 EUR za dobę). Należy również wziąć pod uwagę ryzyko, że kiedy spadnie dużo śniegu, auto pod koniec wyjazdu może być całkowicie przysypane, a wyjazd z parkingu niedrożny. Odkopywanie łopatą zmrożonych brył to zajęcie dla Papaja. Nam na szczęście pomogła mała kopareczka, szczęśliwie przejeżdżająca obok nas, kiedy głowiliśmy się jak wrócimy do domu.

Trzeba przyznać, że okolica Sierry i jej górski krajobraz robią ogromne wrażenie. W samej mieścinie budynki są jednak bardzo zaniedbane, drogi słabo przystosowane dla spacerowiczów z wózkiem i zewsząd wieje drożyzną. Nie czuć tu atmosfery ciepłej gościnności, tak dobrze znanej nam z zajazdów góralskich w Polsce.  Nie ma też tu zadbanych, przytulnych hotelików, jakie znamy z Alp. Trzeba mieć też dobrą kondycję fizyczną i zdrowy układ krążenia, żeby bez problemu podołać  wyzwaniom, jakie czekają tu na narciarzy.

Apartament?

Nasz „apartament marzeń” (znaleziony przez booking.com) znajdował się na samej górze, niedaleko wyciągów.  Na miejsce dotarliśmy nie bez przygód. Krążyliśmy wkoło w poszukiwaniu naszego domu. Brak jest oznakowań na budynkach, nazwy ulic pojawiają się rzadko, nie mówiąc o numerach domów. Jednokierunkowe uliczki wyrzucały nas na początek wsi, więc wspinaczkę trzeba było rozpoczynać od nowa.Przyjechaliśmy spóźnieni o 10 minut na check in. Niestety nie zastaliśmy już nikogo w biurze. Wyjątkowo punktualnie kończy się tu pracę (niezbyt punktualnie się ją za to zaczyna). Byliśmy głodni, zmęczeni i ciut już zmarznięci. W Sewilli było 20 stopni, a tu ledwo 1 i padał śnieg. Każdy marzył już o ciepełku, strawie i gorącym prysznicu. Za niemałą kwotę, którą zapłaciliśmy za apartament, otrzymaliśmy standard… narciarni. Rozpieszczeni dywanami w sielskiej Białce Tatrzańskiej i domową, boską atmosferą kominkową, w Sierra zastajemy zimną, terakotową podłogę, niesprawny grzejnik, koce z prześcieradłem (rodem z Costa del Sol) zamiast ciepłej kołderki, niedoposażoną kuchnię… Do tego, apartament znajdował się na samym szczycie budynku i wiodło do niego 30 ośnieżonych schodków. Kiedy popadał mocniej śnieg, a nikt nie garnął się do odśnieżenia ich, ze schodów zrobiła się zjeżdżalnia. Przynajmniej było łatwiej zjechać wózkiem… Wody ciepłej w prysznicu starczyło tylko dla 1,5 osoby, a każdy nastawiał się na “lanie na ogrzanie”, bez przeszkód, do woli. W domu, w Sewilli, jest mały zbiornik z gorącą wodą i obowiązuje wszystkich tzw. szybkie mycie. Marzenie o wygrzaniu się pod prysznicem, musieliśmy więc włożyć między bajki. I tak, każdy trochę zawiedziony, na pewno zmęczony, poszedł spać, ubrany wielowarstwowo z kapturem na głowie, licząc, że nowy dzień przyniesie pełno cudownych wrażeń z jazdy na nartach i ze spacerowania po okolicy. Najmniej zawiedziona była suczka Hana, która na widok śniegu zwariowała i nic więcej nie było jej trzeba do szczęścia.

Narciarstwo w słońcu

Tak, Sierra Nevada to wyjątkowo piękne, magiczne miejsce. Krajobraz z niekończącą się, błyszczącą bielą, ułożoną wielowarstwowo, zachęca do eksploracji i jazdy na nartach po nienaruszonych, białych stokach.

Ponad 150 kilometrów tras, dobrze rozlokowane wyciągi umożliwiają dotarcie do mało uczęszczanych rewirów. Kolejek do wyciągów raczej nie ma. Jest wiele wariantów jazdy, więc każdy znajdzie dla siebie komfortowe miejsce (jak nie na stoku, to w barze). Infrastruktura nie jest tu nowa, ale wydajna i ma dużą przepustowość. Stoki są bardzo urozmaicone, przeważają  te o średnim i dużym stopniu trudności. To raj dla snowboardzistów: szerokie trasy i mnóstwo dziewiczych szlaków, snowpark, trasy do free stylu i half pipe’u.  Można nawet spróbować swoich sił na tyczkach, które na urokliwej nartostradzie o nazwie Pista del Mar, dostępne są dla wszystkich. Warunki narciarskie w Sierra są wyśmienite od listopada aż po kwiecień! Do tego to słońce! Miłośnicy zimowego opalania i chillout’u odnajdą tu swoje miejsce. Leżaki, słońce, muzyka, tylko zapraszają do odpoczynku po jeździe. Obowiązkowo trzeba smarować się kremem z wysokim filtrem i nosić okulary przeciwsłoneczne. Inaczej poparzenie i zapalenie spojówek murowane. Ważne jest również, aby przed wjazdem na sam szczyt Mulhacén (3500 m n.p.m) przejść aklimatyzację, nawet przez kilka godzin, a najlepiej cały jeden dzień. Mówię to z własnego doświadczenia, gdyż wjeżdżając na sam szczyt bez przygotowania, nie czułam się dobrze. Miałam objawy ostrej choroby wysokościowej, która dotknąć może każdego, już od wysokości 2500 m. Jest to związane z niską zawartością tlenu w powietrzu i niemożnością szybkiej adaptacji organizmu do takich warunków. Z trudem więc zjechałam na dół, wymiotując po drodze i tracąc siły. Tego dnia i następnego nie mogłam jeździć. Dopiero po aklimatyzacji odzyskałam formę, ale omijałam szczyt Mulhacén. A Szkoda, bo podobno widać z niego ocean i zarysy statków!

W tym roku wybierzemy się znowu na narty do Sierry, lecz tym razem zamieszkamy w wiosce Monachil, na samym dole. Pojedziemy do Granady i Alhambry oraz pochodzimy trochę po górach. O tym zaś, w kolejnym wpisie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *